czwartek, 9 kwietnia 2026

Rollercoaster bez trzymanki

Ale się wydarzyło wczoraj, brak słów. A dopiero co czułam się tak dobrze. Przy tym niestabilnie bardzo, to prawda, raz lepiej a raz całkiem gorzej, ale wczoraj to mnie rozłożyło na amen. I to w pracy! Ech, że też w końcu się przydarzył taki dzień.
Nie zemdlałam ani nic, no nie, jeszcze tego by brakowało. Ale prawie co. I już nie wiem, czy to nie gorsze, niby coś się dzieje, ale wciąż się jest przytomnym i trzeba z tym walczyć albo przynajmniej coś kombinować. A tak to bęc, mdlejesz, niech się inni martwią. No tu niestety martwiłam się ja. 
Rano było spoko, zebrałam się ładnie do pracy, ubrania, makijaż, perfumy, włosy, wszystko. I wydawało mi się, że się czuję całkiem dobrze. Przychodzę do pracy, pierwsza godzina jest okej. Przychodzą też inni, całkiem sporo ludzi się robi, no i fajnie. Przychodzi też mój podopieczny (vide poprzednie posty...), rozmawiamy sobie normalnie i coś pomagam, nic nie wróży, żeby coś się zaraz miało posypać.
Śniadanie rano zjadłam w domu na spokojnie, pomimo braku apetytu dwie kromki z wędliną i kiełkami zjadłam, do tego kawa zbożowa z mlekiem. Wody się nawet napiłam, no naprawdę się postarałam, żeby to był dobry start dnia. W pracy się najpierw napiłam ciepłej herbaty, potem dopiero mała kawka, później ciepły rumianek. 
Trochę słabiej się poczułam siedząc przy komputerze, ale myślę sobie, nic to, nie pierwszy raz już i zaraz przejdzie. Trochę przeszło.
Na spotkaniu całego zespołu w salce przez większość czasu czułam się dobrze, tylko raz czy dwa mnie coś zakręciło, ale to jeszcze w normie i do wytrzymania. 
Po tym spotkaniu dopiero zaczął się zjazd, jak z powrotem siadłam przed komputer. Znowu najpierw sobie powiedziałam, że zaraz przejdzie, ale nie przeszło. To znaczy co jakiś czas słabło, ale zaraz nawracało i ogólnie zaczęło już być nie do wytrzymania. To było około południa. 
No i co mogłam zrobić? Wody się poszłam napić jeszcze ze 2 szklanki. Banana zjadłam, kawałek ciasta. W końcu do łazienki poszłam chwilę posiedzieć, ale nic się lepiej nie zrobiło. Poszłam znów się napić wody i usiąść przed komputer, ale niestety musiałam stwierdzić, że kompletnie się nie nadaję do pracy w takim stanie - jakbym zaraz miała zemdleć. No okropieństwo. Nie bałam się przynajmniej, o tyle dobrze. Spokojniej niż kiedyś. Ale jeśli chodzi o fizyczne osłabienie, to tak się chyba moje ciało przeciw mnie jeszcze nie zbuntowało. 
Poszłam jeszcze poleżeć przez chwilę z nogami do góry, ale to też nie pomagało, więc już nie miałam innego wyboru, jak urwać się z pracy wcześniej. Mimo, że naprawdę tego nie chciałam, walczyłam z tym i to pogorszało sytuację. Wstrętne uczucie, być ledwo żywym i nie móc nic z tym zrobić. 
Poszłam od razu do lekarza, myślałam nawet, że mnie wezmą od razu do szpitala w takim stanie. Ale okazało się, że nic zagrażającego życiu się nie dzieje, więc dostałam masę skierowań na badania i wróciłam do domu. Spać chyba poszłam o 18:00 z tego wszystkiego. 
Dzisiaj od rana jeżdżę po przychodniach. Najpierw badania krwi, teraz USG brzucha (torbiel urosła, jeszcze tego mi było trzeba), cały czas jestem na czczo i czuję się, jakby to powiedzieć... mega dziwnie. 
Sprawozdanie może jutro albo za parę dni, bo sama nie potrafię przewidzieć, co się będzie ze mną działo. Czuję, że cokolwiek pomiędzy bardzo dobrze a bardzo źle. I ta niepewność do miłych uczuć nie należy.