wtorek, 21 kwietnia 2026

wtorek, 14 kwietnia 2026

Sen i stabilizacja

Znowu się obudziłam przed 6 rano. Już nie 5:30, a bliżej 6:00, ale to wciąż ponad godzinę przed budzikiem. Chociaż skoro zasnęłam krótko po 22:00, to 7 godzin z hakiem powinno starczyć... najwyżej w dzień sobie strzelę drzemkę.
Ale miałam sen. I pamiętam go bardzo dokładnie, co się rzadko zdarza. Sen zaczął się od tego, że ja i 11 innych dziewczyn wybrałyśmy się na wycieczkę za granicę i wynajęłyśmy sobie elegancki apartament. Była to niby Lizbona, chociaż inaczej w tym śnie było, niż w prawdziwej Lizbonie, którą pamiętam na jawie. W tym śnie do budynku wpuściła nas jakaś pani (bardzo podobna do pani doktor, u której byłam w piątek) i trzeba było wejść po stromych schodach do naszego apartamentu. Był on piękny w środku, wysoki, jakby dwupoziomowy, z dużymi łóżkami (głównie jedynkami, ale były też piętrowe), był cudownie wystrojony, z kryształowym żyrandolem, roślinami i tak dalej. 
Zachwyciłam się w śnie, jak tu pięknie. Chciałam zrobić zdjęcie, ale miałam stary telefon z klawiszami i okazało się, że on te zdjęcia za bardzo przybliża i "gówno widać" (tak powiedziałam). I stwierdziłam, że trzeba zrobić zdjęcie smartfonem, bo będzie lepiej widać. Ale tych zdjęć już nie zrobiłam, nie wiem czemu, może ten fragment snu się na tym zakończył. 
Poszłyśmy na miasto zwiedzać. Wszystkie dziewczyny zebrały się i już poszły, a ja wcześniej jeszcze dostałam od Agi koreański filtr przeciwsłoneczny na twarz, trochę podmalowałam oczy i chciałam założyć mój złoty wisiorek z koniczyną, ale okazało się, że łańcuszek się ułamał.
Wyszłam więc sama na miasto, gdzie było pełno ludzi, przepychali się i trudno się było ruszyć, a ja rozglądałam się za dziewczynami.
Oprócz Agi nie wiem, kto jeszcze tam był. Chyba też mama, ciocia Marzena, oprócz tego Kamila ze studiów, Agata i Benia z gimnazjum, a reszta to jakaś mieszanka dziewczyn poznanych w podobnych okolicznościach albo znajome ich znajomych czy coś takiego.
Jeśli chodzi o wybór łóżka, to najpierw się rozejrzałam po tym pokoju, zajrzałam też na górę, gdzie były piętrowe, ale w końcu wzięłam to bliżej schodów i wyjścia. Zauważyłam też, że oprócz szafki nocnej przy każdym łóżku jest też śmietniczek, ale tych śmietniczków jest nawet więcej, niż łóżek. A mi się akurat zepsuły stopery i musiałam opakowanie po nich (nowych?) wyrzucić do mojego śmietniczka.
Po wyjściu na miasto po prostu poszłam zwiedzać sama, licząc, że spotkam dziewczyny po drodze, i tak się stało. Trafiłam na nie w tłumie i poszłyśmy zwiedzać dalej, do jakiegoś budynku z wodnymi kreaturami. Pływały tam ryby, krokodyle, żaby, piranie, a jak otworzyłam Pokemony, to okazało się, że w grze też widzę te zwierzęta, jak tam pływają w tle.
Zrobiłyśmy sobie tam krótką przerwę i niektóre dziewczyny jadły zupki chińskie z proszku (chyba barszcz?), ja nie chciałam i wzięłam sobie ciastko z jednej tacy, która tam stała. Mama brała sobie kawę z automatu i spytała, czy też chcę "decaf". Powiedziałam, że tak, ale ona już poszła dalej z innymi, więc sama sobie tę kawę wzięłam. Była w takim dużym, papierowym kubki, jak z żabki.
Później siedziałyśmy przy stole, ja i jakieś dwie dziewczyny i one chyba miały jakąś dramę z innymi dziewczynami. I ja wtedy powiedziałam, że tak zawsze jest w babskim towarzystwie, dlatego zdecydowanie wolę towarzystwo męskie i więcej na pewno na wycieczkę z tyloma babami nie pojadę.
Później byłyśmy w jakiejś wieży, ja, Aga, mama i ciocia Marzena. Schodziłyśmy w dół, a w okienku był jakiś skośnooki facet z czarno-białym pieskiem na czerwonej smyczy. Aga zabrała mu tę smycz i poszłyśmy z pieskiem na dół. Typ zaczął się burzyć, że mu tego pieska zabieramy, ale Aga powiedziała, że tak będzie lepiej, bo on go źle traktuje. Nie wiedziałam, o co poszło, ale czułam, że Aga ma rację, więc też powiedziałam temu typowi, że tak będzie lepiej i żeby był cicho.
Jak wyszłyśmy już z tej wieży, to tam stała chyba rodzina tego skośnookiego, bo też byli skośnoocy, i się dziwili, że my my tego pieska odebrałyśmy, ale chyba się nie sprzeciwiali, tylko przyznali nam rację.
Później poszłyśmy na plażę i stwierdziłam, że skoro mam gołe ręce, to powinnam była je też posmarować filtrem. Weszłam do kolan w wodę, była przyjemnie ciepła. Zapytałam, czy to Ocean Atlantycki, a mama z uśmiechem powiedziała, że tak.
Bardzo, bardzo dużo szczegółów z tego snu. Co na to wpłynęło? Może to, że już wczoraj poczułam się lepiej, prawie normalnie, chociaż jeszcze przedwczoraj rano o mało nie zemdlałam. Był to już chyba ostatni epizod i po nim poczułam się wyraźnie lepiej. W sumie ten zjazd trwał więc cztery dni, czyli jeszcze nie najgorzej. Wczoraj byłam też odebrać nowe okulary i wprawdzie okazały się prawie dwa razy droższe, niż się spodziewałam (pani podała mi jedną cenę, a przy płatności okazało się, że dochodzi jeszcze druga, bądź to za oprawki czy za szkiełka, zależy, za co była ta pierwsza - co może i powinno być oczywiste, ale jak to tłumaczyła, to zrozumiałam, że te 800 to cena za całość, a tu nagle wychodzi 1500 i nawet nie mam tyle na karcie), mimo wszystko postanowiłam je kupić, bo były mega wygodne. Raz założyłam i nie trzeba było absolutnie nic poprawiać, poza tym były takie lekkie, że niemal nie czułam, że je noszę. Nawet to wrażenie dziwnego widzenia właściwe każdym nowym okularom nie było takie silne. Bardziej cieszyłam się, że są takie wygodne, wyglądam w nich też nieźle, i przede wszystkim widzę wyraźniej. Domino kartę doładował i zapłaciłam, a niech mają. Przynajmniej polski salon z tradycją, a okulary naprawdę najlepsze, jakie w życiu nosiłam. 
W domu zauważyłam tylko, że ciut się jednak wzrok rozmywa, patrząc w tych okularach w komputer - ale to chyba też pani optyk wspominała, że one będą głównie do patrzenia w dal przy mojej obecnej wadzie wzroku. Chociaż patrząc z bliska w telefon albo czytając coś analogowego widzę dobrze, więc nie wiem, o co chodzi z tym komputerem. Sprawdzę to dziś jeszcze raz, pracując na laptopie.
Na koniec zostaje mi wyrazić tylko głęboką nadzieję, że te okulary będą dobre, dostanę na nie refund z pracy (muszę ogarnąć te sprawy z fakturą i wnioskiem), a przede wszystkim, że moje samopoczucie nie będzie już płatało mi takich figli, jak w zeszłym tygodniu!

czwartek, 9 kwietnia 2026

Rollercoaster bez trzymanki

Ale się wydarzyło wczoraj, brak słów. A dopiero co czułam się tak dobrze. Przy tym niestabilnie bardzo, to prawda, raz lepiej a raz całkiem gorzej, ale wczoraj to mnie rozłożyło na amen. I to w pracy! Ech, że też w końcu się przydarzył taki dzień.
Nie zemdlałam ani nic, no nie, jeszcze tego by brakowało. Ale prawie co. I już nie wiem, czy to nie gorsze, niby coś się dzieje, ale wciąż się jest przytomnym i trzeba z tym walczyć albo przynajmniej coś kombinować. A tak to bęc, mdlejesz, niech się inni martwią. No tu niestety martwiłam się ja. 
Rano było spoko, zebrałam się ładnie do pracy, ubrania, makijaż, perfumy, włosy, wszystko. I wydawało mi się, że się czuję całkiem dobrze. Przychodzę do pracy, pierwsza godzina jest okej. Przychodzą też inni, całkiem sporo ludzi się robi, no i fajnie. Przychodzi też mój podopieczny (vide poprzednie posty...), rozmawiamy sobie normalnie i coś pomagam, nic nie wróży, żeby coś się zaraz miało posypać.
Śniadanie rano zjadłam w domu na spokojnie, pomimo braku apetytu dwie kromki z wędliną i kiełkami zjadłam, do tego kawa zbożowa z mlekiem. Wody się nawet napiłam, no naprawdę się postarałam, żeby to był dobry start dnia. W pracy się najpierw napiłam ciepłej herbaty, potem dopiero mała kawka, później ciepły rumianek. 
Trochę słabiej się poczułam siedząc przy komputerze, ale myślę sobie, nic to, nie pierwszy raz już i zaraz przejdzie. Trochę przeszło.
Na spotkaniu całego zespołu w salce przez większość czasu czułam się dobrze, tylko raz czy dwa mnie coś zakręciło, ale to jeszcze w normie i do wytrzymania. 
Po tym spotkaniu dopiero zaczął się zjazd, jak z powrotem siadłam przed komputer. Znowu najpierw sobie powiedziałam, że zaraz przejdzie, ale nie przeszło. To znaczy co jakiś czas słabło, ale zaraz nawracało i ogólnie zaczęło już być nie do wytrzymania. To było około południa. 
No i co mogłam zrobić? Wody się poszłam napić jeszcze ze 2 szklanki. Banana zjadłam, kawałek ciasta. W końcu do łazienki poszłam chwilę posiedzieć, ale nic się lepiej nie zrobiło. Poszłam znów się napić wody i usiąść przed komputer, ale niestety musiałam stwierdzić, że kompletnie się nie nadaję do pracy w takim stanie - jakbym zaraz miała zemdleć. No okropieństwo. Nie bałam się przynajmniej, o tyle dobrze. Spokojniej niż kiedyś. Ale jeśli chodzi o fizyczne osłabienie, to tak się chyba moje ciało przeciw mnie jeszcze nie zbuntowało. 
Poszłam jeszcze poleżeć przez chwilę z nogami do góry, ale to też nie pomagało, więc już nie miałam innego wyboru, jak urwać się z pracy wcześniej. Mimo, że naprawdę tego nie chciałam, walczyłam z tym i to pogorszało sytuację. Wstrętne uczucie, być ledwo żywym i nie móc nic z tym zrobić. 
Poszłam od razu do lekarza, myślałam nawet, że mnie wezmą od razu do szpitala w takim stanie. Ale okazało się, że nic zagrażającego życiu się nie dzieje, więc dostałam masę skierowań na badania i wróciłam do domu. Spać chyba poszłam o 18:00 z tego wszystkiego. 
Dzisiaj od rana jeżdżę po przychodniach. Najpierw badania krwi, teraz USG brzucha (torbiel urosła, jeszcze tego mi było trzeba), cały czas jestem na czczo i czuję się, jakby to powiedzieć... mega dziwnie. 
Sprawozdanie może jutro albo za parę dni, bo sama nie potrafię przewidzieć, co się będzie ze mną działo. Czuję, że cokolwiek pomiędzy bardzo dobrze a bardzo źle. I ta niepewność do miłych uczuć nie należy.

sobota, 4 kwietnia 2026

Tyle co prawie nic

Dzisiejsza inspiracja: wiersz Bolesława Leśmiana „Nie obiecuję ci prawie nic”.


Nie obiecuję ci wiele... 1a-A-8s /E/

Bo tyle co prawie nic... 2a-B-7s /I/

Najwyżej wiosenną zieleń... 3a-A-8s /E/

I pogodne dni... 4a-B-5s /I/

Najwyżej uśmiech na twarzy... 3a-C-8s /A/

I dłoń w potrzebie... 4a-D-5s /E/

Nie obiecuję ci wiele... 1a-A-8s /E/

Bo tylko po prostu siebie... 2a-D-8s /E/


Zaznaczyłam sobie anafory (a), rymy (A-D), ilość sylab (s) i wiodącą samogłoskę w rymie (/X/). Pokusiłam się nawet o tłumaczenie.


"Not much I can promise to you"


I do not promise you too much... 1a-A-8s /A/

It's almost nothing at all... 2a-B-7s /O/

Not more than bloom in the springtime... 3a-A-8s /A/

And days full of joy... 4a-B-5 /O/

Not more than smiles on our faces... 3a-C-8s /E/

And a hand in need... 4a-D-5s /I/

I do not promise you too much... 1a-A-8s /A/ 

It's as much as simply just me... 2a-D-8s /I/




piątek, 3 kwietnia 2026

Niech/nie licho

Jeden z fajniejszych dni w pracy wczoraj miałam. Nie ze względu na samą pracę, ale na bardzo miło spędzony czas. Kto to widział, żeby miło czas spędzać w pracy, prawda? A jednak. Raz się mam za skończoną introwertyczkę, a innym razem się łapię na bardzo przyjemnych, swobodnych rozmowach z osobami, których jeszcze nawet za dobrze nie znam. Ale jakie to szalenie miłe uczucie, choć skądinąd zaskakujące mnie bardzo.
Dodając do tego wyjście razem na lunch, na kawę, do pokoju z masażem (nawet taki mamy w biurze!), isn't it too good to be true? (Tylko czekać, aż się zaraz coś spierdoli - nie no, żartuję).

sobota, 14 marca 2026

Rozmaitość lekkiej trucizny

Jak tu zrobić, żeby ten wpis był powściągliwy i nie okazał się za jakiś czas krindżowym gównem, które mam ochotę precz usunąć? Jak inne wpisy bardzo subiektywne albo pisane w emocjach.

Bo skoro już tu przychodzę się wygadać ("wypisać" raczej), to "wiedz, że coś się dzieje". Przynajmniej tym razem już sama zdaję sobie sprawę zawczasu, jakim potencjalnym krindżem ten wpis w ogóle jest i, nadto, z absurdalności całej sytuacji. 

Pod dwoma względami sytuacja jest jednak teraz lepsza. Po pierwsze, mogę przezornie dobrać słowa tak, by żałosność bądź śmieszność tego wpisu totalnie zminimalizować. To właśnie zamierzam uczynić, żeby zarówno mi wracającej do niego kiedyś, jak i (uchowaj Boże) jakiemukolwiek postronnemu czytelnikowi oszczędzić niesmaku czy innych dziwnych odczuć związanych z czytaniem tego uzewnętrznienia autorki. 

Bądź co bądź, to miejsce stoi samym procesem pisania i kręcącymi się wokół niego myślami, a ewentualna percepcja i reakcja odbiorcy jest nieubłaganym efektem ubocznym.

...w tym momencie zwątpiłam jednak w kontynuowanie tego wpisu. Może powiem tak: emocje i uczucia, jakkolwiek silne, dziwne czy natrętne by nie były, zawsze mogą być ostudzone przez trzeźwość umysłu i zdrowy rozsądek.